(...) Sylwester skończył się o szóstej rano. Sławek odwiózł mnie taksówką, swoje auto zostawiając na parkingu wuja, pomarudził trochę w mojej bramie („Dziękuję, świetnie się bawiłam”, „Ja też” i cisza, chcę iść, a on mówi „Już?”, wymownie pokazuję zegarek, on stoi, w końcu wypłoszył go czekający taksówkarz „panie, licznik bije!”). Andrzeja z żoną straciłam z oczu coś koło trzeciej.

Dzwonił. Ma huk roboty. Jak tylko skończy, przyjedzie. Kocha najbardziej na świecie. Ponieważ ja także najbardziej w świecie, nie będę czekać. Nie pomyślę nawet o smutku, który dotyka mnie, ilekroć pomyślę o Jolancie. I nie zatrzymam się kolejny raz przy zdziwieniu słowami „mogłaby nas pani odwiedzić”. Wezmę do ręki cudze myśli i postaram się wchłonąć je w siebie (...).