Jeśli to była niedziela, zabierał mnie do kawiarni, kupował krem sułtański dla mnie, a dla siebie kieliszek koniaku. W dzień powszedni do listy zakupów dopisywał: kup jakieś ciastka i gdy przychodził z pracy, jedliśmy po obiedzie właśnie te napoleonki lub ptysie. Nie miałam tortu, ojciec stwierdził, nie zjedlibyśmy go we dwoje, a babcia mieszkała pod Rzeszowem i dostawałam od niej przeważnie spóźnioną kartkę z życzeniami (…)