Krzysztof Pełech
Gitara i noga

Gazeta Wrocławska, 2002

(…)
Magda Wieteska: Skąd się wzięło Twoje zainteresowanie muzyką? Tradycje w rodzinie?
Krzysztof Pełech: Nie, żadnych tradycji muzycznych w rodzinie nie było. Mój ojciec, plastyk, trochę pogrywał na mandolinie, wszystko... Natomiast przyszedł czas, miałem wtedy 11 lat, gdy rodzice postanowili zapisać mnie na jakieś zajęcia, co bym nie siedział na podwórku i żeby różne dziwne myśli mi do głowy nie przychodziły. Wybraliśmy krzycki Dom Kultury, naprzeciwko bloku w którym mieszkałem. Niestety, nie było tam klasy mandoliny, była za to klasa gitary. A jeszcze wcześniej, bo na wakacjach, zetknąłem się z gitarą za pośrednictwem mojego kuzyna, który wygrywał przeboje Beatlesów. Pierwszych chwytów się wtedy wyuczyłem.

M.W.: Jak wygląda dzień Krzysztofa Pełecha?
K.P.: Bardzo różnie. Myślę, że to łączy wszystkich uprawiających wolny zawód - brak kontroli z zewnątrz, nikt do niczego nie zmusza, nie narzuca, nie ma jakichś godzin, ram, w których trzeba się zmieścić. Staram się gra często, bo to naturalny trening. To tak jak ze sportem – nie ćwicząc wychodzi się z wprawy, bo to nie jest tylko sprawa ducha.

M.W.: A w wolnym od gitary czasie?
K.P.: Nie jest tajemnicą, że gram w piłkę nożną. Lubię też wędkować.
(…)